Dynamika

Na świecie jest całe mnóstwo ciekawych miejsc. Podróżujemy aby zwiedzać, poznawać, odpocząć. Jedni fascynują się żeglarstwem, inni wspinaczką, a jeszcze inni architekturą. Ja uwielbiam strzelać, szczególnie na długich dystansach. Statyka? To nie jest to. Ale dynamika… Tam zawsze coś się dzieje. Są nieprzewidywalne elementy i na bieżąco trzeba improwizować, czy to postawy, czy podejście do toru. Bo prawda jest taka, że jak się nie rozwijasz, to się cofasz. W naszym kraju strzelanie na długim dystansie nie jest rozpowszechnione. Patrząc na ilość strzelców tematem zajmuje się tylko garstka. Mamy ten plus, że ściągamy patenty wypracowywane przez lata zza granicy, szczególnie zza dużej kałuży. Nie musimy tworzyć nowych rozwiązań. Jeszcze 10 lat temu, długi dystans w Polsce raczkował. Dzisiaj patrząc na międzynarodowe środowisko nie mamy się czego wstydzić. Wiem to, bo nie raz ja i moi koledzy stawaliśmy w zawodnicze szranki z zawodnikami z zagranicy i widziałem wyniki tychże zawodów. Powiem więcej, czołowi strzelcy z Polski są jednymi z najlepszych w Europie.

… 3000 km w jedną stronę

Wracając jednak do głównego wątku. Wielokrotnie byłem na zawodach w Polsce i za granicą np. w Czechach czy Słowacji, osiągając satysfakcjonujące mnie wyniki. Więc w tamtym roku przyszedł czas na przygodę życia, a przynajmniej tak myślałem. Sama północ Norwegii, temperatura latem oscylująca wokół 10 stopni i śnieg zalegający góry schodzące stokami do morza. Inny świat, zupełnie inne warunki. Do przejechania 3000 km w jedną stronę. W tym roku powtórzyłem to z mocnym postanowieniem poprawy wyniku.

Do odważnych świat należy…

Wiadomo, zupełnie inne warunki dla nas. Strzelanie w górach i przewidywanie wiatru w takich warunkach. Odmienne założenia zawodów, więc i inna ocena zawodników i zupełnie nieznany obiekt który jak to zwykle bywa, miejscowi mają rozpracowany. Do odważnych świat jednak należy, a nie wychodząc poza strefę komfortu niczego się nie nauczymy, albo progres będzie niezadowalający, powolny. Skontaktowałem więc się z organizatorem i zebrałem paczkę „szalonych” strzelców. Nikt normalny nie jedzie 4 dni na zawody, żeby przez dwa dni chodzić po górach. Murarz, Jankes, Piotrek i Artur nadawali się więc znakomicie. Odpowiednia doza umiejętności i „szaleństwa”. Każdy miał już nieco więcej doświadczenia w zawodach dynamicznych, ale dla nich to była pierwsza tak daleka wyprawa. Wszyscy mieliśmy około 24h żeby się zapisać. W takim tempie wyczerpuje się liczba miejsc.

…back to basics

Na miejsce jechaliśmy długo… przed zawodami przekimaliśmy sie w hotelu, choć nie była to pełna regeneracja. Trudno, będziemy niewyspani, trzeba dać innym szansę. Na starcie zostaliśmy podzieleni na zespoły. Do naszego dołączono dwóch Szwedów. Taki team zagraniczny, żeby łatwiej się tłumaczyło przebiegi torów, Norwegowie, jak się okazało słabo mówią po Polsku, a nie wszyscy nasi mówili płynnie w języku angielskim, więc łatwiej było z tłumaczeniem. Same zawody trwają około 24h (zależy to od pogody, bo mogą się wydłużyć), z czego w trakcie jest zaplanowana 3h przerwa na sen. Do tego chodzenie po górach z całym dobytkiem, do przejścia co prawda jest raptem 25 km, ale w górach. Pewnie dla tego z 60 zawodników do mety dotrwało 52. Koncepcja sprzętowa też jest prosta, jeżeli opis toru nie narzuca, możesz mieć wszystko co chcesz. Tylko, że to nosisz przez cały czas zawodów. Ilość strzałów dość spora, poszło mi ponad 150 szt amunicji. Co ciekawe, Norwedzy nie lubią elektroniki. Hasło przewodnie back to basics. Zakaz używania jakiegokolwiek oprogramowania balistycznego, dalmierzy, wiatromierzy itd. Wszystko na notatkach. Znajomość własnej broni i dobre prowadzenie książki strzelań więc jest tutaj podstawą. Nie tylko zwykłe, ale i do strzelań pod kątem, ponieważ tylko jeden tor był we względnym poziomie, a reszta to zawsze strzelanie pod kątem w górę lub w dół. Wymagało to więc cały czas przeliczania kątów. Nie dało się tego pominąć ponieważ większość celi miała 25cm. Dopiero powyżej 1000m montowano większe 35cm… Trzeba przyznać, że mają rozmach bo są to bardzo wymagające wielkości już przy postawie leżącej, a co mówić z postaw mniej stabilnych. Do tego wiatry o prędkościach 2-5m/s spływające ze stoków ostrych gór więc wpływające nie tylko na przesunięcia lewo/prawo, ale również w pionie. Torów było chyba 16, w ośmiu punktach. Każdy punkt miał dwa niezależne tory, najczęściej z zupełnie innymi celami. Każdy był wymagający i zupełnie inny, od dynamiki (zmiana postaw i strzelanie z różnych miejsc), przez strzelanie precyzyjne na 400m z niewygodnej postawy, bardzo dalekie strzały, czy strzelanie z pasów strzeleckich. Oczywiście torów było więcej, włączając pomiary celów itd. Sprawdzały różne elementy strzelca i zawalenie jednego nie oznaczało przegranej.

Ideą jest, że wszyscy strzelają cały czas w coraz to nowych miejscach przez właśnie 24h. Możliwe jest to, ponieważ strzelaliśmy na takiej szerokości geograficznej, że słońce nigdy tam latem nie zachodzi. Ciekawe wrażenie. Równie ważne, z naszego punktu widzenia, okazało się właściwe odżywianie i nawodnienie. Jak Słońce nie zachodzi łatwo zapomnieć, że czas na kolację, a brak paliwa w pierwszej kolejności odbija się na pracy głowy. Mózg musi być odżywiony inaczej popełnia się błędy. Strzelaliśmy w dwóch dolinach. Po skończeniu pierwszej mieliśmy słynne 3h na odpoczynek, a wtedy przenieśliśmy się do drugiej. W pierwszej strzelaliśmy dalej, nawet do 1250m. Druga dolina to dystanse przeważnie do 500m. Choć ostatnia oś z celami reaktywnymi i ruchomymi to cele nawet do 800 m, gdzie cel ruchomy był na 600m.

Na większości torów było tylko jedno rozwiązanie „problemu”. Na każdym sprawdzano inną umiejętność strzelca, więc sumarycznie jego wszechstronność. Były też jednak tory gdzie można było podejść do zagadnień inaczej i ugrać trochę więcej punktów. Czasem oczywiste podejście nie dawało najlepszego wyniku.
Również samo podejście w punktacji jest inne niż u nas. Norwegowie nie sprawdzając czasu jako takiego. Priorytetem jest celność. Dają tylko limity czasu na wykonanie zadania. Dość skąpe, ale wykonalne. Liczy się najczęściej sumaryczna liczba trafień. Oczywiście są od tego wyjątki, ale generalnie takie mają założenia. Dodając do tego zupełnie inne warunki, strzały pod kątem, duży wysiłek fizyczny, zawody te dla nas były naprawdę wymagające więc i rozwijające. Dawno nie wyciągnąłem tylu wniosków, co podczas tych zawodów. Zrealizowałem również swoje założenia czyli miejsce w pierwszej 10. Uważam to za spory sukces, tym bardziej, że jak wspomniałem przed chwilą, podejście do strzelań i same środowisko strzelań są dla nas wyzwaniem.

Takie zawody wymagają wiele przygotowań. Najpierw fizycznych. Trzeba być w ponadprzeciętnej sprawności fizycznej. Oczywiście nie po to aby dojść. Jednak zmęczenie w sensie braku snu plus długie marsze nie wpływają pozytywnie. Kiedy ktoś przyjdzie ostatkiem sił na tor, nie myśli. Wtedy z automatu traci. Nikomu nie było łatwo, ale dobra kondycja powoduje, że łatwiej nam będzie zrobić dobry wynik. Marsze z obciążeniem i treningi obwodowe to dobry pomysł. Warto też wiedzieć co się z nami dzieje przy braku snu. Gdzie popełniamy błędy, żeby zwrócić na to szczególną uwagę podczas samych zawodów. Ja osobiście staram się być na 2-3 treningach crossfitowych w tygodniu plus 2 razy biegać na dłuższy dystans. Nie trzeba być olimpijczykiem, ale właśnie sprawnym.

Przygotowanie strzeleckie, warto mieć doświadczenie z zawodów tarczowych. Musimy znać idealnie opady naszej amunicji aby przygotować wcześniej tabele na miejsce w którym wykonamy strzelania. Oczywiście biorąc pod uwagę, że będą tam inne warunki, ale podstawy do dobrych tabel już są. Do tego dynamiczne, nauka strzelania z różnych postaw, reżimy czasowe, czy rozwiązywania na bieżąco problemów i nieszablonowe podejście. U nas w kraju doskonałymi pod tym względem są Long Range Mykita. Zawody tarczowe do wyboru, jest ich cała masa.

Sam sprzęt to długa lista. Oczywiście broń. W przypadku tych zawodów są pewne ograniczenia, ale szybki, płaskotorowy pocisk o niedużym impulsie odrzutu ma sens. Takie 6,5x55AI, 6,5CM, 6,5-284 Norma, 6,5 PRC czy 300 PRC mogą dać przewagę, choć nic nie stoi na przeszkodzie żeby pojechać z 308 Win. Tu będzie jednak trudniej. Jest tylko jedna klasa sprzętowa. Karabin nie może być za ciężki, trzeba go nosić i musi pozwalać na łatwe strzelanie z różnych postaw. Luneta zdecydowanie w pierwszym planie i z bębnami w MIL. Mój Kahles 5-25×56 sprawdził się tutaj doskonale, podobnie jak karabin w osadzie Cadexa. Co prawda osada sama w sobie jest ciężka, ale mam Lufę Proofa w oplocie carbonowym dzięki czemu ląduje z normalną masą karabinu. Lufa rekompensuje wagę osady. Dwójnóg, z przegubem do poziomowania i dużym zakresem regulacji (od niskiej leżącej do wysokiej leżącej) to w zasadzie „must have”. Do ukompletowania dochodzi pas strzelecki, też najlepiej z dużym zakresem regulacji tak, aby można z niego strzelić zarówno z postawy leżącej (była taka konkurencja), jak też można go wydłużyć do stabilizacji na trójnogu. Ja osobiście używam pasa strzeleckiego szytego przez Bayoneta dla PWS.

Ubiór to nie przelewki. Temperatura około 10 stopni (maks 15 min 5 w czsie zawodów) i co chwile deszcz. Tutaj używam nieco droższej, ale niesamowicie dopracowanej marki, mianowicie Uf Pro. Sprawdzając pogodę zabrałem bieliznę z wełny merynosa, standardowo na górę softshell i zwykłe spodnie. Może nie takie zwykłe do końca, ale z normalnej tkaniny. Na opady deszczu miałem goretex. Uf Pro pozwala na pełny zakres ruchów, są świetnie skrojone i bardzo przemyślane. Nic mi nie wadziło, było mi ciepło, ale nie gorąco. Zawsze strzelam w okularach, kwestia ochrony wzroku, tutaj jestem fanem WileyX model Rogue. Do tego wszystko uzupełnione słuchawkami aktywnymi MSA w wersji nakarkowej i z żelowymi wkładkami. Oczywiście to są moje wybory, ale przerobiłem kilka marek ciuchów, szkieł itd. i zostały te. Buty, używam Lowa Zephyr, na ten wyjazd wersja z Gore. Wygodne, niezawodne. Mają jedną jedyną wadę. Na mokrej nawierzchni są śliskie. Z drugiej strony to buty w których można iść do baru, a potem na 60km marsz z plecakiem. W obu przypadkach się sprawdzą. Nie potrzebowałem na tych zawodach nawigacji czy innych elementów dodatkowych. Zabrałem tylko Jetboila, wodę i trochę żarcia. Wszystko to niosłem w plecaku Eberlestocka wraz z karabinem. Powiedzmy szczerze, jest tylko kilka marek które robią plecaki do przenoszenia broni. Moim zdaniem Ebelestock jest najlepszy, może nie najlżejszy, ale od czego są treningi. Poza tym miałem pas na podręczny szpej w tym zapasowe magazynki i mapnik od Husara. Chyba najlepszy na zwody, wygodny, z dużą ilością miejsca na różne tabele.

Muszę przyznać, że mimo, że to kolejna edycja, sporo się nauczyłem. Z kilku torów byłem mega zadowolony, kilka przysporzyło mi problemów, ale nauka nie idzie w las. Trenuje nad elementami które nie wyszły. Tak aby czas ani wystrzelona amunicja nie poszły na marne. To był świetny czas w doborowym towarzystwie i pomimo pogryzień owadów (tamtejsze meszki nie reagują na DEET, komary wielkości wróbli już tak), niewyspania, czy wyluzowania ciągle spiętego Murarza to było coś, co długo będę wspominać. Uznania dla Jankesa, który z rozwalonym kolanem nie tylko szedł, ale nie odstawał od reszty jak i dla reszty chłopaków. Mieliśmy świetną zabawę pomimo wielkiego wysiłku zarówno fizycznego jak i psychicznego. Szczerze polecam takie wyprawy. Uczą i dają lekcje pokory jak wiele jest jeszcze do ogarnięcia.

Michał „Słoik” Dudzik

zdj. Michał Dudzik
Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Super relacja z zawodów na podstawie których można książkę napisać. Jak zwykle głodny szczegółów lecz dziękuję za choć szczątkowe informacje.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here