Elo, łowiectwo jest git…!

Share

Obywatelska inicjatywa „Uwaga! Polowanie. Zmieńmy prawo łowieckie. Na dobre” walczy o zebranie 100 tysięcy podpisów potrzebnych, aby projekt zmian w Prawie łowieckim trafił do Sejmu.

Według nieoficjalnych informacji podawanych pod koniec sierpnia organizatorom brakowało jeszcze około 20 tysięcy podpisów. Nie wiemy więc jeszcze, czy akcja zakończy się ich sukcesem.

Ale niezależnie od tego, czy ostatecznie będzie 98, 100 czy 120 tysięcy podpisów, warto przyjrzeć się tej kampanii z zupełnie innej strony. Bo „Uwaga! Polowanie” jest bardzo ciekawą lekcją komunikacji. Zarówno dla Zielonych, jak i dla samych myśliwych. I nie jestem pewien, czy środowisko łowieckie wyciągnie z niej właściwe wnioski.

Zieloni wiedzieli, po co wychodzą z domu
Można nie zgadzać się z projektem. Można kwestionować jego założenia, wyliczenia i przewidywane skutki. Można uważać część proponowanych rozwiązań za kompletnie oderwane od rzeczywistego prowadzenia gospodarki łowieckiej.

Ale jednego autorom kampanii odmówić nie można. Zrobili kampanię. Prawdziwą. Nie ograniczyli się do publikowania postów dla ludzi w swojej bańce. Podpisy były zbierane na ulicach, w kawiarniach, teatrach, księgarniach i lecznicach weterynaryjnych. Organizatorzy pojawiali się na dużych imprezach, m.in. Open’erze, Górach Literatury, Pol’and’Rock Festival, a w końcówce kampanii także na wydarzeniach takich jak Campus Polska. Do akcji włączyły się organizacje społeczne, a wsparcia udzieliły jej rozpoznawalne osoby ze świata kultury.

Projekt dostał również coś, czego nie da się przecenić: widoczność polityczną i instytucjonalną. 27 maja w samym Sejmie odbył się wernisaż wystawy „Uwaga! Polowanie. Zmieńmy prawo łowieckie. Na dobre”. Organizatorem było Biuro Krajowe Zielonych, a patronat honorowy nad wydarzeniem objął marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, który publicznie poparł postulaty inicjatywy.

Możemy się oburzać. Możemy pytać, czy Sejm powinien w ten sposób angażować się po jednej stronie sporu. Ale komunikacyjnie? To zostało rozegrane bardzo dobrze. Prosty przekaz wygrywa z trzydziestoma stronami argumentów. Autorzy inicjatywy nie próbują przeciętnego człowieka zainteresować skomplikowanym systemem gospodarki łowieckiej.

Mają proste komunikaty:

bezpieczeństwo, jawność, 700 metrów od zabudowań, badania myśliwych, okulista, koniec „polowań dla rozrywki”, większa kontrola społeczeństwa nad myśliwymi.

Można się z tym zgadzać albo nie. Można wykazywać, że za prostym hasłem kryją się znacznie bardziej skomplikowane konsekwencje. Tyle że na ulicy wygrywa właśnie prostota. Człowiek na festiwalu nie przeprowadzi analizy gospodarki populacją dzika. Nie będzie studiował planów łowieckich. Nie policzy powierzchni wyłączonej z polowania.

Usłyszy: „Chcesz czuć się bezpiecznie w lesie?” Odpowiedź jest oczywista. Podpis. I właśnie tutaj dochodzimy do myśliwych.

A myśliwi? Myśliwi zaczęli tłumaczyć.
Polski Związek Łowiecki odpowiedział na kampanię. I trzeba uczciwie powiedzieć: podniósł konkretne argumenty. Ale moze powinien powiedzieć „Elo…łowiectwo jest git!” Lub coś w tym stylu. Sformułowania w stylu „zarządzanie populacjami dziko żyjących zwierząt” przełożyć na pytania:

„Co się dzieje, kiedy zwierząt jest za dużo?”
„Kto naprawdę pilnuje równowagi w lesie?”

PZŁ wskazuje między innymi, że strefa 700 metrów mogłaby według jego analizy przestrzennej objąć około 75 proc. powierzchni kraju. Pyta, jak w takich warunkach realizować regulację populacji, ograniczać szkody rolnicze, prowadzić działania związane z ASF czy reagować na obecność dzikich zwierząt w pobliżu miejscowości i dróg.

To są pytania, na które autorzy projektu powinni odpowiedzieć.

Związek zwracał również uwagę, żeby przed złożeniem podpisu przeczytać projekt i świadomie przekazywać dane osobowe wymagane na liście poparcia. Formalnie podkreślał przy tym, że szanuje prawo obywateli do popierania inicjatyw ustawodawczych.

Problem polega na czymś innym.

Jedna strona prowadziła kampanię społeczną. Druga prowadziła polemikę z kampanią społeczną.

To nie jest to samo. Zieloni wyciągnęli nas do swojej gry na ich warunkach. Zieloni poszli do ludzi. Myśliwi zostali w swoim świecie. To chyba najważniejsza lekcja z całej historii.

Środowiska stojące za projektem szukały ludzi, którzy nie interesują się łowiectwem. Żeby  dodać powagi akcji podpisy zbierały osoby odpowiednio dobrane do grupy docelowej.

Środowisko łowieckie w dużej mierze komunikowało się z ludźmi, którzy już interesują się łowiectwem.

Zieloni byli tam, gdzie jest potencjalny podpis.Myśliwi byli tam, gdzie jest potencjalny „lajk” od innego myśliwego.

I właśnie dlatego nawet ewentualna porażka zbiórki nie powinna być dla środowiska łowieckiego powodem do otwierania szampana.

Jeżeli organizatorzy zatrzymają się na przykład na 90 tysiącach podpisów, bardzo łatwo będzie powiedzieć: „Nie udało im się”. Tylko, że byłby to wyjątkowo wygodny wniosek. Znacznie ważniejsze pytanie brzmi:

Jak to możliwe, że projekt tak daleko ingerujący w obecny model łowiectwa był w stanie zmobilizować dziesiątki tysięcy ludzi?

Nie wszystko po stronie inicjatorów wygląda równie dobrze. Żeby jednak nie tworzyć obrazu jednostronnego, również autorzy projektu korzystają z typowych narzędzi kampanii politycznej.

Hasła takie jak „NIE dla krwawego biznesu” czy „NIE dla polowań dla rozrywki” nie są neutralnym zaproszeniem do debaty. Są świadomym ustawieniem ramy, w której jedna strona ma reprezentować bezpieczeństwo, zwierzęta i obywateli, a druga zostaje ustawiona w roli obrońców „krwawego biznesu”. Tak inicjatywa przedstawiana jest w materiałach ją promujących. To skuteczne.

Ale pomaga w merytorycznej rozmowie o zarządzaniu populacjami zwierząt, szkodach rolniczych, ASF czy odpowiedzialności państwa za dziką zwierzynę.

Również słynne 700 metrów pokazuje, jak bardzo obie strony potrafią mówić obok siebie.

PZŁ przedstawia wyliczenia wskazujące na bardzo poważne ograniczenie powierzchni dostępnej dla polowań. Autorzy projektu odpowiadają, że takie kalkulacje pomijają możliwość uzyskania zgody właściciela na polowanie bliżej budynku.

I właśnie taka rozmowa powinna odbywać się publicznie. Na liczbach. Na mapach. Na przykładach konkretnych gmin. Nie na memach.

Najgorsze, co mogą teraz zrobić myśliwi
Najgorszą reakcją środowiska łowieckiego byłoby uznanie ewentualnego niepowodzenia zbiórki za dowód społecznego poparcia dla obecnego modelu łowiectwa. Najgorsze co mogli by odpowiedziec zielonym to to, że i tak Prezydent tego nie podpisze. To moze nas myśliwych uśpić na dobre przed decydującą rozgrywką.

Bo brak 100 tysięcy podpisów nie oznacza, że 37 milionów Polaków popiera myśliwych.

Tak samo zebranie 100 tysięcy podpisów nie oznacza, że społeczeństwo chce likwidacji obecnego modelu łowiectwa. Oznacza tylko jedno: 100 tysięcy ludzi uznało, że ten projekt powinien znaleźć się w Sejmie. I jeżeli próg zostanie osiągnięty, trzeba będzie przestać rozmawiać wyłącznie we własnym środowisku.

Może więc warto podziękować Zielonym?
Brzmi prowokacyjnie? Trochę tak. Ale kampania „Uwaga! Polowanie” pokazuje myśliwym coś, o czym od lat mówi się podczas wszystkich dyskusji o wizerunku łowiectwa.

Nie wystarczy mieć argumenty. Trzeba jeszcze umieć dotrzeć z nimi do odpowiednich ludzi ludzi. Trzeba odpuścić sobie przekonywanie przekonanych,  i tych których nie da się przekonać. Nie wystarczy napisać, że łowiectwo jest „elementem ochrony środowiska przyrodniczego i oznacza gospodarowanie zasobami zwierzyny itd, itp i etc.”.

Spróbujcie powiedzieć to dwudziestolatkowi na festiwalu. Zieloni znaleźli prostszy język.

Można uważać, że miejscami jest tendencyjny. Można go krytykować. Można punktować uproszczenia. Ale najpierw trzeba zauważyć, że ten język dociera poza ich własną bańkę.

I być może największym problemem polskiego łowiectwa nie jest dziś to, że jego przeciwnicy nie rozumieją myśliwych. Być może problem polega na tym, że myśliwi ciągle próbują przekonać społeczeństwo językiem, którego społeczeństwo nie rozumie.

3 września dowiemy się, czy „Uwaga! Polowanie” zebrało wymagane 100 tysięcy podpisów. Ale niezależnie od wyniku tej zbiórki jedna rzecz już jest pewna. Zieloni potraktowali walkę o społeczne poparcie jak kampanię.

A środowisko łowieckie wciąż zbyt często traktuje ją jak dyskusję na forum dla myśliwych. I właśnie nad tym warto się zastanowić przed kolejną kampanią.

Bo następna na pewno będzie.

Elo łowiectwo jest git…!

Grafika ilustracyjna: AI

Darek Topyła
Darek Topyłahttps://portalstrzelecki.pl
Redaktor naczelny Portalu Strzeleckiego. Pomysłodawca i założyciel serwisu internetowego portalstrzelecki.pl, strzelec sportowy, długodystansowy, myśliwy. Instruktor strzelectwa sportowego, sędzia PZSS. Sędzia i instruktor strzelectwa myśliwskiego. Autor rozwiązań informatycznych wykorzystywanych w strzelectwie. "Producent" kraftowej amunicji do karabinów ELR.

Przeczytaj także

Reklama