Łatwo jest „kochać” przyrodę, zwłaszcza wtedy, gdy sprząta po niej ktoś inny

Łatwo kochać dziką przyrodę z bezpiecznej odległości. Trudniej, gdy trzeba pilnować upraw, szacować szkody, wypłacać odszkodowania i wykonywać zadania, których państwo oczekuje od myśliwych.

Share

Kochać przyrodę jest łatwo. Wystarczy wrzucić zdjęcie wilka, napisać coś o „samotegulacji natury”, zaprotestować przeciwko polowaniom i można wrócić do domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Trochę gorzej, kiedy ta sama przyroda wychodzi z lasu i wchodzi rolnikowi w kukurydzę, ryje hektary pól, roznosi ASF albo zaczyna generować problemy, których nie da się rozwiązać postem na Facebooku. Wtedy kończy się romantyczna opowieść o naturze, a zaczyna robota. I jakoś dziwnym trafem bardzo często pojawia się tam tylko myśliwy.

Państwo ma problem z ASF? Myśliwi wykonują odstrzały sanitarne, uczestniczą w poszukiwaniu padłych dzików i działają w reżimie bioasekuracji. Zwierzyna wchodzi rolnikowi w uprawę? Telefon często idzie do koła łowieckiego. Trzeba pojechać, zrobić oględziny, oszacować szkodę, ustalić odszkodowanie, a później je wypłacić. Ministerstwo samo wskazuje, że w przypadku szkód powodowanych przez dziki, jelenie, daniele czy sarny na terenie obwodu rolnik zgłasza się właśnie do koła lub zarządcy obwodu. Do tego dochodzi pilnowanie pól, zabezpieczanie upraw, pasy zaporowe, poletka łowieckie, urządzenia w łowisku i cała gospodarka, której z samochodu na wycieczce do lasu zwyczajnie nie widać. Prawo łowieckie wprost traktuje łowiectwo jako gospodarowanie populacjami zwierzyny i element ochrony środowiska.

I właśnie tutaj zaczyna mnie bawić ta, bezwarunkowa zielonych „miłość do przyrody”. Bo łatwo kochać dzika, kiedy nie zjadł twojej kukurydzy. Łatwo kochać jelenia, kiedy nie ty płacisz za wyrządzone przez niego szkody rolnicze. Łatwo domagać się większej liczby zwierząt, kiedy nie ty siedzisz nocą na polu, nie ty szacujesz szkody i nie z twojej kieszeni idzie później odszkodowanie. Jeszcze łatwiej kochać naturę, kiedy wszystkie brudne, śmierdzące, kosztowne i niewdzięczne konsekwencje tej miłości można zostawić komuś innemu, myśliwym.

Może więc zamiast kolejnej absurdalnej kampanii pod hasłem „uwaga polowanie” warto kiedyś zrobić coś bardziej rewolucyjnego. Oddać jej również własny czas, własną pracę i własne pieniądze. Celebryci i parlamentarzyści na czele z Panem Marszałkiem Czarzastym na pewno się przyłącza. Bo przyroda to nie tylko wilk na pięknym zdjęciu i „jelonek” stojący we mgle. Przyroda czasami ryje pole, zjada uprawę, choruje, ginie i trzeba po niej posprzątać. I wtedy jakoś miłośników robi się zdecydowanie mniej.

Bo kochać przyrodę najłatwiej wtedy, gdy rachunek za tę miłość płaci ktoś inny.

Przeczytaj także

Reklama