Są w życiu rzeczy oczywiste: grudzień przychodzi co roku, śnieg zaskakuje drogowców, a w polskim strzelectwie sportowym – zawsze w końcówce roku – komuś zabraknie… dwóch pistoletów do licencji.
Bo przecież nie o broń tu chodzi. Broń jest tylko rekwizytem. Prawdziwym bohaterem tej opowieści jest licencja. Dokument magiczny, który w naszej rzeczywistości urósł do rangi przepustki do świata ludzi uporządkowanych, odpowiedzialnych i – co najważniejsze – formalnie sportowych.
Kiedyś pozwolenia na broń dzieliło się według celu. Brzmiało to sensownie, wręcz nudno: sport, kolekcja, łowiectwo, ochrona. Dziś ten podział wciąż istnieje, ale w praktyce zadziałało zrządzenie losu. Sport stał się nie tylko dyscypliną, lecz także najbardziej towarzyskim i przystępnym celebrytą wśród pozwoleń. Trochę jak aktor z serialu – niekoniecznie najwybitniejszy, ale wszędzie go pełno i każdy go zna.
Efekt? W Polsce nigdy nie było tylu sportowców. I nie chodzi tu o rekordy, medale czy pot na koszulce. Chodzi o ludzi, którzy sport odkryli nagle, zazwyczaj między wnioskiem a pieczątką. Wielu z nich kocha strzelectwo szczerze, inni – z rozsądku. Nieliczni z czystej pasji. Reszta… cóż, sport jest dziś bardzo pojemny.
I właśnie w tym świecie pojawia się grudzień. Miesiąc refleksji, choinek, zamykania roku i nerwowego przeliczania sztuk. Bo licencja sportowa ma swoje wymagania. Skromne, niepozorne, wręcz symboliczne. Ale jest jeden drobiazg, który potrafi zepsuć nastrój szybciej niż brak karpia: dwa pistolety do licencji.
Dwa. Nie jeden. Nie „jakikolwiek”. Dwa konkretne byty, które muszą się pojawić w ewidencji, zanim kalendarz pokaże trzydziesty pierwszy. I nagle okazuje się, że to, co przez cały rok było abstrakcją, staje się problemem egzystencjalnym. Bo pistolet pistoletowi nierówny, a czas w grudniu płynie inaczej – szybciej, drożej i z mniejszą dostępnością wszystkiego.
Tu zaczynają się rozmowy półgłosem. Telefony do kolegów. Nerwowe pytanie gdzie… I klasyczne: „przecież to tylko formalność”. Oczywiście, że formalność. Tylko że formalności, jak wiemy, mają to do siebie, że nie istnieją do momentu, gdy nagle są jedyną rzeczą, która istnieje.
Wtedy sportowiec – ten świeżo upieczony albo ten z długim stażem w papierach – staje przed lustrem i zadaje sobie pytanie fundamentalne: czy ja jeszcze strzelam, czy już tylko spełniam warunki? Odpowiedź bywa różna, ale licencja nie słucha wyjaśnień. Ona chce swoje dwa pistolety. Najlepiej w terminie.
Paradoks polega na tym, że system, który miał porządkować, stworzył nową dyscyplinę. Nie olimpijską, raczej urzędową. Z konkurencjami takimi jak „zdąż przed końcem roku”, „znajdź coś na stanie” i „nie zapomnij o papierach”. Medali nie ma, ale stres jak w finale.
I nie ma w tym nic złego. Naprawdę. To raczej znak czasów. Sport strzelecki stał się masowy, dostępny, oswojony. Może nawet zbyt dobrze. Skoro dwa pistolety do licencji potrafią być problemem narodowym, to znaczy, że broń przestała być tematem tabu, a stała się elementem kalendarza.
A grudzień? Grudzień jak grudzień. Zawsze komuś zabraknie czasu, komuś pieniędzy i komuś… dwóch pistoletów. I jak co roku wszyscy obiecują sobie, że w następnym sezonie wszystko zrobią wcześniej.
To akurat jedna z najbardziej sportowych konkurencji w Polsce.


